Blog
Marek Jastrząb
ŻYCIE NA TEMBLAKU
ŻYCIE NA TEMBLAKU marek.jastrzab@interia.pl
6 obserwujących 316 notek 60777 odsłon
ŻYCIE NA TEMBLAKU, 4 czerwca 2017 r.

Wychów przyszłych kadr

78 0 0 A A A

Problem ostrzegawczego klapsa? Większość wychowawców potępia profilaktyczne wciry, rózgę i siłowe namawianie do posłuszeństwa. Gros optuje za cierpliwą rozmową, konsekwentną perswazją, benedyktyńskim tłumaczeniem, wyjaśnianiem, dawaniem przykładu, pokazywaniem, jak trzeba iść, by nie wejść w placek. Ale że nadgorliwość jest wrogiem sensu, a wszelka przesada -  karykaturą dobrych intencji, ze słusznej myśli powstała groteska: niczym w powiedzeniu o zagłaskaniu kota na śmierć, uczynni pedagodzy z oślej łączki zagłaskali uczniowskie okrzesanie.

Najdalej w zakresie wzmiankowanej głupoty poszła Szwecja. Doprowadziła do tego, że ojciec i matka boją się własnego dziecka, z czego wynika, że ma ono nieograniczoną władzę nad rodzicami. U nas widać to choćby po lekturze Kodeksu Ucznia, gdzie prymusi z oślich ławek powołują się na długą listę swoich praw, natomiast o obowiązkach nie mówią nic lub prawie nic.

 Można przerzucać się odpowiedzialnością, grać w dyskusyjnego tenisa lub dwa ognie, uprawiać sofistyczne gadki na temat tego, kto ponosi winę! Ten ping-pong trwa sobie od czasu, gdy ktoś wymyślił Kodeks Praw Ucznia (to kodeks, w którym uczeń jest królem, a nauczyciel jego lokajem).

O czym to świadczy? Ano o tym, że uczeń to niekwestionowany Pan Szkoły, Jaśnie Nieoświecony Dyktator mający w niej więcej do powiedzenia niż nauczyciel z autorytetem na gumkę od majtek.

 Zilustruję  ten wstydliwy temat przytaczając zwierzenia sąsiada z bloku:

"Też byłem wyznawcą miłości bez stosowania kar cielesnych, zagorzałym amatorem egalitaryzmu w rodzinie, lecz przeszło mi, kiedy od własnego syna oberwałem drzwiami w nos. Gdy dzieciak, z którym chciałem porozmawiać, spokojnie wyłuszczyć mu, co robi niedobrze, zamknął je z hukiem wzmocnionym ordynarną wiąchą, czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi.

Nie wiem, skąd znał te szpanerskie słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca moderację nad zapiekły jazgot. Nigdy nie podnosi głosu. Mnie również trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.

Prowadzimy życie bardziej niż skromne; ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam powiązać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził wyłącznie ojciec. Mama – nie. Mama siedziała w chałupie. Jako zdeklarowana kura domowa, dbała o rodzinę i zajmowała się nią w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała.

Mimo to przecież, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na deczko więcej. Na beztroskę w postaci chwilowego oderwania się od powszedniej orki. Częściej bywaliśmy poza miastem, na łonie przyrody. A jak nie chciało się nam wyjeżdżać, to szliśmy do botanika.

Teraz zasuwam ja, połowica zapiernicza również, nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupno książki. Nie mamy wakacji od żadnego legis, a i tak ledwie nam starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki. Pilnować, by nikt nas nie rąbnął na kasie.

Za to mały ma więcej niż my w jego wieku. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać koleżków do domu, ale woli - nie. Woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy pytamy, dlaczego i czy ma o coś pretensje, patrzy spode łba i odpowiada, że w sumie jesteśmy niezguły, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy reszta z jego klasy dysponuje pokojami, w których rządzi jak chce, z forsą się nie liczy, ma obrotnych rodziców na opłacalnych stanowiskach, starych, co to staną w ich obronie i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.

A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie no i muzy nie ma gdzie posłuchać, nie mówiąc o tym, że komputer, to marzenie. Coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie, więc ostatnio, na osłodę, kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają  za byle co, traktują go z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.

Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale ciut nie na czasie: retro i z lekka obciachowa, jak nam oznajmił.

Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego kamratach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek racje.

Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy  przestrzegania wczorajszych norm i sensownych praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec to był autorytet, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość objawianą dzieciom.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @SURPRESOR harcownika
  • @HELVETICUS - JAN ŚLIWA widzę, że zrozumiałeś po Bożemu
  • @KRZYSZTOF J. WOJTAS jastrzębie i wojtasy DADZĄ RADĘ

Tagi

Tematy w dziale Społeczeństwo